Travelo | Kierunek Adriatyk
487
post-template-default,single,single-post,postid-487,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,side_area_uncovered_from_content,footer_responsive_adv,qode-child-theme-ver-10.1.1.1496142713,qode-theme-ver-10.1.1,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive
 

Kierunek Adriatyk

Kierunek Adriatyk

Podróż przez Czechy była doskonałym sposobem na sprawdzenie mojego przygotowania fizycznego do podróży. Urozmaicony teren z licznymi podjazdami przeegzaminował mnie doskonale, trzeba było się przede wszystkim przyzwyczaić do pokonywania wzniesień z takim obciążeniem roweru, żeby dobierać odpowiednie przełożenia na podjazdach. Już trzeciego dnia przekroczyłem dzienny dystans 100 km a potem już było coraz lepiej.

W miłej gościnie.

W podróży korzystam z serwisu Servas, pierwszy nocleg dzięki niemu znalazłem w miejscowości Zlin w Czechach, gospodarze byli tak mili, że zatrzymali mnie dłużej, żebym poznał ich miasto przed podróżą w świat. Kolejny test, tym razem nawigacyjny czekał mnie przy przekraczaniu granicy czesko-słowackiej. Chciałem przekroczyć ją bocznymi drogami i dojechać do Trencina, niestety pogubiłem się na słabo oznakowanych drogach i sporo kluczyłem po górach, ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem nagle tablicę „Slovensko”, kolejny kraj na mojej trasie czekał. Słowacja wpisała się do mojego dziennika podróży pierwszą konkretną awarią, po przejechaniu Gór Szczawnickich, gdy kierowałem się w stronę węgierskiej granicy, na jednym ze zjazdów nie zauważyłem sporej dziury w asfalcie i urwałem na niej zaczep przedniego bagażnika. Bagażnik wyrwał śrubę z widelca pozostawiając dziurę. Na szczęście to była najpoważniejsza konsekwencja kraksy, ja i bagaż wyszliśmy bez szwanku a zapas „trytek” załatwił montowanie bagażnika do widelca.

Słowacja wita.

 

Na Węgrzech postanowiłem zahaczyć o Budapeszt. Żeby odwiedzić znajomą i zatrzymać się u niej na zwiedzanie miasta. Na szczęście udało mi się znaleźć szlak Eurovelo 6 i dzięki niemu wjechałem łagodnie do stolicy Węgier. Na miejscu było miłe spotkanie, czas na odpoczynek i pierwszy poważniejszy serwis roweru. Ale niestety trzeba było ruszać dalej. Było to moje pierwsze zderzenie z tak dużą aglomeracją w tej podróży. Wyjazd z miasta w potwornym ścisku na drogach, hałas, spaliny i upał. Manewrowanie obładowanym rowerem to wielka sztuka, którą musiałem doskonalić na każdym kolejnym metrze drogi. I na dodatek te zakazy wjazdu dla rowerów! Oznakowanie dróg nie ułatwiało nawigowania rowerzyście, kluczyłem dobrych kilka godzin, nim z pomocą napotkanego cyklisty udało mi się opuścić Budapeszt – plan dojechania do Balatonu w ten dzień legł w gruzach. Nad jezioro dotarłem następnego dnia. Piękna okolica zrekompensowała mi trudy dojazdu, na kempingu spotkałem Polaków i mogliśmy wymienić się naszymi doświadczeniami z podróży.

Po dwóch tygodniach podróżowania zaczynałem powoli odczuwać skutki działania promieni słonecznych, lewa noga była chyba lekko poparzona i zaczynał mi doskwierać nieprzyjemny ból, który doskonale złagodziły kąpiele w Balatonie. Szkoda było opuszczać to miejsce, ale Chorwacja czekała. Kilometrów na liczniku przybywało bardzo szybko, teren i pogoda sprzyjały szybkiej jeździe.

W Chorwacji miałem umówiony kolejny nocleg w Koprivnicy, niestety nie mogłem się dodzwonić do moich gospodarzy a potem padł telefon i wszystkie baterie. Po raz pierwszy na mojej wyprawie użyłem solarnej ładowarki, udany i trafiony zakup, dzięki niej odzyskałem łączność ze światem, a konkretnie ze Zdenką i Leonem, u których się zatrzymałem na dwa dni.

5 lipca to szczególny dzień mojej podróży, dziewiętnasty dzień jazdy na rowerze, dzień w którym mój licznik pokazał pierwszy 1000 kilometrów. Moją radością mogłem podzielić się z Bojanem, u którego wypadł mój kolejny nocleg, oprócz gościny dostałem tez kilka cennych rad na temat podróżowania po Bałkanach, ponieważ mój nowy znajomy również lubił rowerowe podróże i podzielił się ze mną swoimi doświadczeniami.

Po Chorwacji przyszła kolej na Bośnię, bez problemu przekroczyłem granicę, chociaż pilnujący jej strażnik był bardzo zainteresowany moim rowerem i celem mojej podróży. Ruszyłem w głąb kraju, przede mną znów pojawiły się góry, miło było powrócić do podjazdów. Im wyżej – tym było ciekawiej, zmieniał się nie tylko krajobraz, również nawierzchnia drogi, asfalt przeszedł w polną drogę a później w kamienistą ścieżkę, rower dawał sobie doskonale radę w takim terenie. Na jednym z postojów spotkałem parę ze Słowenii, zainteresowali się moją podróżą tak, że zjedliśmy razem obiad w restauracji a jej właściciel pozwolił mi się w pobliżu rozbić na nocleg. Umówiłem się z nim zresztą rano na śniadanie, ale nim udało mi się o świcie spakować, pojawiło się dwóch rowerzystów i ponownie musiałem opowiedzieć swoja historię, co skończyło się wspólnym śniadaniem, po którym musiałem zjeść kolejne, bo czekał na mnie właściciel restauracji.

Kolejne miasto na mojej trasie to Prijedor, tam miałem zaplanowany kolejny postój, w mieście powitała mnie modlitwa muezina dochodząca z głośników, to coś nowego na trasie mojej wędrówki. Wieczorem spotkałem się z Danim, który użyczył mi gościny. W jego towarzystwie spędziłem kolejny dzień, Zorganizował mi mały wypad nad Sanę oraz spotkanie z jego znajomymi, znalazłem tez czas na mały przegląd roweru i odpisanie na wszystkie wiadomości.

Im bliżej wybrzeża Adriatyku, tym robi się coraz bardziej gorąco, już nie można ujechać więcej niż kilkanaście kilometrów, muszę robić przerwy w cieniu na odpoczynek, zresztą mój organizm zaczyna powoli odczuwać trudy wędrówki. Trudy te jednak rekompensuje mi mijana okolica, kolejny nocleg znajduję na górskiej łące z przepięknym widokiem.

Żeby móc przejechać więcej kilometrów, postanawiam wstawać wcześnie rano, ale przy takim zmęczeniu nie zawsze się to udaje. Kolejny dzień to ciężka przeprawa w upale przez góry, na dodatek skończył mi się prowiant a w tych dzikich ostępach o sklep bardzo trudno. Zaczynało mi brakować sił, a kolejny podjazd zdawał się nie mieć końca, na szczęście trafiłem na niewielką restaurację, gdzie porcja jagnięciny i chłodne piwo przywróciły mi siły. Spokojnie dojechałem do Glamoč, tam spotkałem kolejnych sakwiarzy: Niemkę i Holendra, którzy podobnie jak ja zmierzali w kierunku Grecji. Porozmawialiśmy przez chwilę o podróżach, bo oni mieli już spore doświadczenie a potem trzeba było szukać noclegu, za miastem okazało się, że te tereny są od ostatniej wojny domowej zaminowane. Tablice ostrzegawcze i taśmy ciągnęły się niemal 15 kilometrów. Rozbijanie się tu było zdecydowanie niewskazane, już mocno zmęczony dotarłem do parkingu przy drodze i tam postanowiłem się rozbić na noc.

Kolejnego dnia wczesna pobudka i kierunek: granica z Chorwacją, rano była naprawdę zimno, ale z każdym kilometrem temperatura rosła, przekroczyłem granicę i niemal bez postoju parłem do przodu. Wkrótce zobaczyłem ten widok o którym od kilku dni marzyłem, po pokonaniu kolejnego podjazdu zobaczyłem niesamowity błękit Adriatyku. Widok zapierał dech w piersiach, szczęśliwy zjeżdżałem w kierunku morza. Tam czekali już na mnie na kempingu znajomi. Po 27 dniach zakończyłem swój pierwszy etap podróży. Teraz, krótki odpoczynek i kierunek: Grecja.

Brak komentarzy

Napisz komentarz